Półmaraton Marzanny - relacja z zawodów
Historia w formie audio

Ponad półtora roku dane nam było czekać na bieg, na który zapisaliśmy się już dawno temu. To właśnie w sierpniu, w roku 2021, w środku lata, o godzinie 20:00 wystartował 17 Półmaraton Marzanny 2020, którym jak co roku witamy przyjście wiosny.

Muszę przyznać, że bardzo stęskniłem się już za wyścigami na asfalcie, a szczególnie tymi dłuższymi. Od rozpoczęcia pandemii udało mi się wystartować jedynie w jednym biegu górskim oraz paru biegach na 5 kilometrów, których oficjalnie nie nazywa się zawodami. Mówię tu o biegach z cyklu parkrun oraz ITMBW Wieczorem w Krakowie. Co prawda świetnie bawiłem się na tych wydarzeniach, ale jednak duży bieg uliczny na dystansie 21 kilometrów i 97 metrów to coś zupełnie innego. Była zarówno radość jak i cierpienie, nerwy i ekscytacja, poczucie tęsknoty i spełnienia. Półmaraton Marzanny to coś co z pewnością może dać Wam ogrom wrażeń.

Półmaraton Marzanny – relacja z zawodów, podczas których mogłem cofnąć się wspomnieniami trzy lata wstecz!

Marzec, rok 2018, wyruszam wspólnie z rodziną na mój pierwszy półmaraton. Docieramy do biura zawodów, odbieram pakiet, zakładam strój startowy, zerkam na temperaturę. Minus dziesięć stopni Celsjusza, za oknem mocno pada śnieg i wieje. W takich warunkach staję na starcie z zamiarem ukończenia zawodów w czasie 1:30. Z perspektywy czasu śmiało stwierdzam, że cel miałem nad wyraz ambitny i jak to debiutant stanowczo przesadziłem z optymizmem. Po czterech kilometrach biegu zrezygnowałem z tego tempa i ostatecznie ukończyłem półmaraton w 1:43 piekielnie zmęczony, wyziębiony i strasznie szczęśliwy, że mimo wszystko dałem radę, nie poddałem się i zadebiutowałem z całkiem niezłym czasem. Godziną czterdzieści trzy chwaliłem się znajomym, aż do ostatniej soboty (tj. 28.08.2021), kiedy to cyferki przy wyniku na dystansie półmaratonu uległy aktualizacji.

Odebranie pakietu i przygotowania

Półmaraton Marzanny startował o godzinie 20:00 w sobotę. Organizator prosił o możliwie wczesny odbiór pakietu startowego, żeby nie dopuścić do sytuacji niezgodnych z obowiązującymi wytycznymi dot. pandemii, więc wspólnie z narzeczoną (która była zapisana na bieg towarzyszący – 10km) zdecydowaliśmy się odebrać nasze pakiety już w piątek w początkowych godzinach pracy biura. Po dotarciu na miejsce każde z nas sprawdziło swój numer na liście startowej i udało się do odpowiedniego stanowiska po odbiór pakietu. W pakiecie znaleźliśmy: numer startowy, koszulkę, żelki, cukierki, małą paczkę makaronu, żel energetyczny, wodę musującą Frugo oraz energetyka. Jednym słowem prowiant na czas biegu jest. 🙂

Tak jak myśleliśmy, w biurze zawodów było bardzo mało osób i nie trzeba było stać w kolejkach po odbiór swojego pakietu. Całość przebiegła bardzo sprawnie, a sama wizyta na stadionie Wisły przywołała wspomnienia z zeszłych lat, kiedy po raz pierwszy w tłumie ludzi przygotowywałem się do biegu i byłem nim bardzo przejęty. Stęskniłem się za tą całą atmosferą panującą przed, w trakcie i po zawodach. Coś niesamowitego i bardzo się cieszę, że znowu mogłem tego doświadczyć.

Półmaraton marzanny - biuro zawodów

Reszta dnia minęła mi głównie na odpoczywaniu. Jedynie wieczorem na 24 godziny przed biegiem zrobiłem krótki rozruch, podczas którego pokonałem mniej więcej sześć kilometrów w średnim tempie 5:20 min/km. Trzeba przestawić jakoś ten mój organizm na wieczorne bieganie. 🙂

Sobota była dniem odpoczynku i wyczekiwania na bieg. Porządnie się wyspałem, zjadłem śniadanie, poleniłem się czytając książkę i mniej więcej o 15 zjadłem ostatni większy posiłek przed biegiem, czyli dosyć spory obiad. Potem zostało mi już tylko nawadnianie i czekanie na start. Przed 19 pojechaliśmy na Błonia i na 20 minut przed biegiem zrobiłem bardzo krótką rozgrzewkę.

3, 2, 1… START – czyli Półmaraton Marzanny czas zacząć!

Półmaraton Marzanny wystartował równo o 20:00. Najpierw ruszyła fala biegaczy znajdujących się tuż przy linii startu, a następnie, w krótkich odstępach czasowych, startowały grupy biegaczy gromadzące się przy pacemakerach. Ja na starcie ustawiłem się za grupą biegnącą na 1:39. Strategia na ten bieg była dosyć prosta i bardzo zachowawcza. Pierwsze pięć kilometrów pokonać w spokojnym niewymagającym tempie, a następnie zacząć przyspieszać. W miarę możliwości najpierw do czasu 4:30 min/km, potem 4:20 min/km i tak dalej, aż braknie sił. Można by spytać, skąd taka zachowawcza taktyka. Już spieszę z odpowiedzią – tak naprawdę nie przygotowywałem się stricte do tych zawodów. Dopiero od miesiąca porządnie trenuję, wcześniej jedynie starałem się uskuteczniać spokojne rozbiegania (żeby forma za bardzo nie spadła), a półmaraton chciałem pobiec z dużej sympatii do tego biegu i sentymentu.

Tak więc klamka zapadła. Przy akompaniamencie utworu Back In Black zespołu AC/DC i wszędobliwego pikania zegarków rozpoczynam swoją dzisiejszą walkę z jakże wymagającym dystansem półmaratonu.

Półmaraton Marzanny - start

Pierwsze kilometry to nic innego jak salwa okrzyków i dopingu od kibiców zgromadzonych na Błoniach. W takich warunkach noga sama niesie, a każdy z zawodników z dumą i uśmiechem na twarzy pokazuje nieskazitelną formę biegową. Po czterech kilometrach wrzawa tłumu zanikła i rozpoczął się etap cichego, nocnego biegu. Zewsząd słychać było tylko rytm wybijany przez buty setek biegaczy oraz ich ciężkie oddechy. Kolejne dwa kilometry prowadzą przez ulicę Królowej Jadwigi, drogę 780, a następnie most Zwierzyniecki. Jednym słowem pokaźna ilość podbiegów i zbiegów, na których trzeba mierzyć siły na zamiary. Pierwsze pięć kilometrów pokonałem w czasie 24:31 i postanowiłem, że gdy tylko dotrę do zbiegu na moście Zwierzynieckim, to przechodzę do drugiego etapu biegu, czyli stopniowego przyspieszania.

Czas zacząć wyprzedać oraz kulisy bitwy krakowskiej

Gdy tylko zaczął się zbieg, nadeszła pora by wrzucić wyższy bieg. Kolejne kilometry stanowczo były najprzyjemniejsze na tle trwania całego biegu. Byłem wypoczęty, a stopniowe przyspieszanie przychodziło mi z łatwością. Kolejnym atutem wolniejszego startu było to, że teraz zwiększając tempo zacząłem wyprzedać wszystkich biegaczy, którzy mnie otaczali. W ten sposób tempo zaczęła delikatnie spadać – najpierw do 4:40 min/km, a następnie do 4:30 min/km, co w dalszej perspektywie miało umożliwić mi dogonienie grupki biegnącej na 1:39, a następnie wyprzedzenie ich i znaczne poprawienie życiówki.

Tym, co rzuciło mi się w oczy podczas wyprzedzania, był dosyć ciężki oddech biegaczy, których mijałem. Rozumiem, że każdy ciśnie ile fabryka dała, w końcu to zawody! Ale tak między nami, to myślę, że dyszenie w okolicach siódmego kilometra nie zwiastuje nic dobrego. Także rada na przyszłość, jeśli jesteś dopiero w 1/3 biegu i jest ciężko, to proponuję spuścić trochę z tonu i zwolnić. Potem będzie jeszcze czas żeby przyspieszyć. 🙂

Kilometry 7-11 biegły wzdłuż południowego brzegu Wisły, a na bulwarach Wiślanych można było spotkać całe grona rozluźnionych, wesołych osób, które gromkimi okrzykami zachęcały do biegu. Nie pozostało nic innego jak biec ile sił w nogach! Mniej więcej w okolicach trzynastego kilometra tej przysłowiowej siły zaczęło odrobinę brakować. Mówię tutaj konkretniej o sile drzemiącej w głębiach naszych płuc. Lekko zaczęło doskwierać mi kłucie w prawym boku. Jak to często w życiu bywa, był to najgorszy możliwy moment! Właśnie jakiś starszy jegomość próbował złapać się mnie i stworzyć pociąg, który napędzany naszymi zmęczonymi mięśniami miał gonić czółówkę, a co więcej, przed nami wyłonił się niemały podbieg prowadzący do wrót słynnej krakowskiej twierdzy. No nic, pomyślałem. Ktoś musi być rycerzem tej opowieści, zacisnąłem zęby i po wolniejszym trzynastym kilometrze wrzuciłem ponownie wyższy bieg i czternasty kilometr ponownie zakręcił się w okolicach tempa 4:30 min/km.

Mijaniu zamku oraz rynku towarzyszyły gromkie okrzyki kibiców, którzy postanowili spędzić sobotni wieczór na dopingowaniu wojowników dzisiejszego wieczoru. Ogromna armia po zdobyciu Wawelu oraz rynku pędziła, jakby goniły ją osy, w stronę Błoni, wprost do mety. Z taką potęgą nie ma żartów, albo grzecznie kibicujesz, albo się chowasz. Niestety podczas całej tej przeprawy przez centrum Krakowa zgubiłem szanownego kolegę, z którym chwilę temu biegłem. Wybacz, w obliczu bitwy musiałem samotnie ruszyć dalej, mam jednak nadzieję, że wszystko ułożyło się po Twojej myśli!

Ostatnie siedem kilometrów, czyli ku zwycięstwu!

Po opuszczeniu centrum czekał nas dwukilometrowy odcinek wzdłuż Wisły, podczas którego udało mi się dogonić, a nawet wyprzedzić, ogromną grupę zgromadzoną wokół balonika z napisem 1:39. Było to bardzo przyjemne uczucie, w końcu dogonić upragniony cel. Wyprzedzając z lewej strony musiałem uważnie patrzeć pod nogi, żeby przez przypadek nie potknąć się i nie wpaść do rzeki. Co prawda schłodzenie się byłoby wtedy niesamowicie przyjemne, jednak umówmy się – meta w tej chwili była najważniejsza. 🙂

Trzymając tempo w okolicach 4:30 min/km zacząłem stopniowo oddalać się od żółtej grupy, jednak gdzieś tam w środku miałem obawę, że pokusiłem się o zbyt szybkie tempo i jeszcze mnie dogonią i wyprzedzą. Organizm, świadomy moich obaw, postanowił mnie wystraszyć i na siedemnastym kilometrze wróciło lekkie kłucie w prawym boku. Nie chcąc dać się wyprzedzić, postanowiłem przeczekać ten bolesny moment, niczym polscy żołnierze w obronie Jasnej Góry. O dziwo, po minucie, ból zniknął bezpowrotnie, a ja byłem w stanie dalej walczyć o dobry czas na mecie. Mimo kryzysu nie zwolniłem i kilometr pokonałem w cztery minuty i trzydzieści jeden sekund.

Nadeszła pora na ostatni etap półmaratonu, czyli powrót na Błonia. Mimo dużego zmęczenia, moje tempo wciąż pozwalało na wyprzedzanie innych biegaczy, co bardzo pozytywnie wpływało na głowę. Po przekroczeniu rzeki Rudawy ujrzałem w oddali plasującą się metę. A jak widać metę, to już trzeba cisnąć na maksa, nawet jeśli są do niej jeszcze trzy kilometry haha. Kibice w większości udali się już pewnie w okolice mety, stąd doping po przeciwległej stronie Błoni był mniejszy, jednak w chwili kolejnego kryzysu, kiedy tempo ostatniego kilometra znacznie spadło (4:39), usłyszałem doping od mojej narzeczonej. No i jak tu nie biec szybciej? Otrząsnąłem się i złapałem biegacza w niebieskiej koszulce, który mnie właśnie wyprzedzał. Tempo momentalnie skoczyło w górę i po kilometrze wspólnego biegu (4:30) zdecydowałem, że dalej biegnę sam. Jedną z najprzyjemniejszych rzeczy w zawodach biegowych jest finisz. Wiesz, że do mety jest już bardzo blisko, czujesz, że masz jeszcze siłę na dodatkowe przyspieszenie, wokół widzisz dopingujących Cię kibiców. Po prostu coś niesamowitego. W takiej atmosferze pokonałem dwudziesty pierwszy kilometr w czasie 4:11 i przyspieszałem dalej.

Po chwili wpadam na metę, patrzę na zegarek – 1:37:59! Udało się! Życiówka poprawiona o prawie 5 minut.

Zatrzymuję się, odbieram medal oraz wodę od wolontariuszy i w końcu mogę odpocząć. Co prawda nie trwa to długo, bo zaraz zaczynają zlatywać się komary, więc trzeba uciekać. Podchodzę do Natalii z uśmiechem na twarzy i obydwoje zaczynamy cieszyć się z tak dobrego wyniku.

Półmaraton Marzanny - meta

Półmaraton Marzanny, czyli…

3 lata po swoim debiucie na dystansie półmaratonu poprawiam życiówkę o pięć minut. Być może nie jest to dużo patrząc na to z perspektywy upływu trzech lat, być może nie jest to wynik dający czołowe miejsca w biegu i być może nie jest to wynik cieszący się prestiżem i uznaniem w środowisku biegaczy. Mimo to jest to z pewnością czas, z którego jestem dumny. Pokonanie 21 kilometrów i 97 metrów to nie lada wyczyn i każdorazowe pokonanie takiego dystansu jest czymś, z czego należy być dumnym. Tym bardziej, jeśli udaje się poprawić swój rekord życiowy.

Bieg był świetny i będę go wspominał z uśmiechem na ustach. W końcu Półmaraton Marzanny stanowi już dla mnie swego rodzaju tradycję i to z niego wywodzą się moje biegowe początki.

Ale strzeżcie się, następnym razem będę szybszy i wytrzymalszy, a czas, który wykręcę, będzie coraz bliżej kenijskich norm. :–)