pierwsze-dni-biegania
źródło: https://unsplash.com/@luandmario

Ostatni tydzień Tomka był zupełnie inny, niż wszystkie dotychczas. Każdy dzień stanowił nowe wyzwanie, a co za tym idzie okazję do udowodnienia swoim najbliższym i samemu sobie, że gdzieś tam w środku wciąż mieszka w nim mały chłopak, którego główną misją jest zajęcie podwórka kolegi. 

Dwudziesty pierwszy czerwca. Dzień, jak na astronomiczne rozpoczęcie lata, wyjątkowo deszczowy. Za oknem unoszą się szare chmury, temperatura oscyluje w okolicach 20 stopni. Jest godzina 7:20. Tomek właśnie szykuje się do swojego pierwszego biegu. Znalazł w szafie krótkie spodenki, których do tej pory używał głównie do gry w piłkę nożną oraz białą bawełnianą koszulkę z dekoltem w serek. Założył znalezione ubrania i udał się na przedpokój by wybrać buty, w których będzie mógł pobiegać. Miał do wyboru czarne znoszone trampki oraz białe adidasy. Wybrał drugą opcję. Wyjrzał przez okno i zobaczył, że deszcz nie pada już tak mocno jak wcześniej. Zwykła mżawka – pomyślał i wyszedł.

Tak jak się spodziewał zimno kropel, które na niego spadały, było przyjemne i orzeźwiające. Wyjął telefon z kieszeni spodenek i uruchomił aplikację adidasa do biegania. Po upewnieniu się, że sygnał GPS został odpowiednio przechwycony, nacisnął guzik play i zaczął biec. Po kilkunastu sekundach tempo na ekranie telefonu pokazało 7:10 min/km. Nie wiedział czy to szybko, czy wolno. Póki co czuł się dobrze i zamierzał biec dalej z tą prędkością, aż do minięcia drugiej minuty, po której nadszedł czas na krótki odpoczynek i Tomek zaczął maszerować. Dzień wcześniej przeczytał w internecie sporo poradników oraz wskazówek dla osób, które zaczynają biegać i wszystkie strony mówiły jedno – jeśli dopiero zaczynasz, spróbuj marszobiegu. 

Po minucie odpoczynku Tomek ruszył dalej zmierzając ku pobliskiej rzece, do której według map google miał od domu około półtora kilometra. Mniej więcej w połowie drogi deszcz znów zaczął padać mocniej, a ubrania Tomka zmokły do suchej nitki. Wszystko byłoby okej gdyby nie to, że jak maszeruję to robi się zimno – pomyślał – brr, jeszcze kawałek i wracam do domu. Po dobiegnięciu do rzeki zatrzymał się na chwilę by uczcić pokonanie połowy trasy. Uśmiechnął się do siebie, obrócił się na pięcie i zaczął biec z powrotem do domu. Niestety, nie trwało to długo, bo już po paru chwilach poczuł delikatne kłucie w prawym boku. Grymas na jego twarzy pojawił się niezwłocznie, kąciki ust opadły w dół, a na czole ukazała się zmarszczka. Przerwał bieg i zaczął powoli maszerować do domu, trzymając się za prawy bok. Deszcz dalej padał i znowu zaczynało się robić zimno. Po paru minutach marszu ból ustąpił i Tomek mógł wrócić do swojego rytmu biegu. W końcu dotarł do swojego bloku. Przed klatką zatrzymał się, odblokował telefon, zakończył aktywność w aplikacji i spojrzał na swój rezultat – dwa kilometry i osiemset sześćdziesiąt metrów w dwadzieścia dwie minuty i dwadzieścia jeden sekund. Udało się, nareszcie zrobił to, co od tak dawna zamierzał. Poczuł dumę i wrócił do swojego mieszkania.

Cały dzień minął Tomkowi w dobrym humorze. Co prawda był zmęczony, jednak świadomośc zrobienia czegoś nowego była bardzo satysfakcjonująca. Kolejny dzień był dniem wolnym od biegania. 

Dwudziesty trzeci czerwca. Godzina 7:10, spotykam się z Tomkiem przed jego blokiem. To właśnie na środę umówiliśmy się na pierwsze wspólne bieganie. Plan był taki jak ostatnio. Dobiec do rzeki i wrócić. Cała trasa marszobiegiem. Ruszamy i zaczynamy luźną pogawędkę. Tomek mówi, że świetnie się czuł po ostatnim biegu i wczoraj korciło go bardzo, żeby znowu pójść, ale czytał, że na początku lepiej nie biegać codziennie. Potwierdzam tą teorię i mówię, że to nic straconego, bo w zależności od samopoczucia może zacząć pomału zwiększać dystans biegów, albo zmniejszać przerwy na marsz. A propos przerw na marsz, właśnie zaczęła się pierwsza. Tomek opowiada, że do jego pracy ma mniej więcej 4 kilometry drogi, więc może gdyby jeszcze chwilę potrenować, to poranny trening mógłby wykonywać w drodze do pracy. Na szczęście w biurze są prysznice, więc taka opcja jak najbardziej wchodzi w grę. Mówię mu, że to świetny pomysł i dodatkowa motywacja do kolejnych biegów. W natłoku rozmowy o bieganiu mija nasz wspólny trening. Tomek czuł się dobrze i tym razem nie miał kolki. 

Po przebudzeniu następnego dnia Tomek stwierdza, że dzisiaj też pójdzie pobiegać. Czuje się dobrze, jest chęć i pogoda również sprzyja. Rusza na swoją standardową trasę. Trening ma wyglądać tak samo z jedną tylko różnicą. Tym razem spróbuje skrócić przerwę na marsz do 45 sekund i sprawdzić, jak się będzie czuł. Pierwszy kilometr pokonany bez problemu. Po kilkuset metrach dobiega do rzeki. W pobliżu wiele osób spaceruje z psami. Nagle jeden z psów zaczyna szczekać na Tomka i wyrywać się swojej pani ze smyczy. Tomek się wystraszył i szybko ruszył w drogę powrotną. Po paru chwilach wpada mu do głowy nowy pomysł – a może by tak kupić psa i spróbować biegać razem z nim. Myśl zdecydowanie warta rozważenia. W weekend mógłby wybrać się z psem do lasu, spuścić go ze smyczy i pobiec razem przed siebie na łonie natury. Zawsze to jakaś nowa przygoda.

Kolejne minuty biegu mijają Tomkowi na rozmyślaniu o psie. Niczego nie świadomy nagle zorientował się, że jest już przed klatką i ostatnie 10 minut biegł dużo szybciej niż zazwyczaj i to bez żadnych przerw. Czyli nie wypadł jeszcze całkowicie z formy, którą mógł się szczycić w okresie liceum, kiedy to grał w szkolnej drużynie piłki nożnej. Wspaniale – uśmiechnął się szeroko i postanowił, że kolejny trening odbędzie już w drodze do pracy.

Po dwòch dniach biegania nadszedł czas na odpoczynek. Nogi tym razem dały o sobie znać i ból mięśni był dokuczliwy. W piątek wieczorem Tomek wziął kartkę i długopis, usiadł przy biurku i zaczął spisywać wszystkie ważne informacje dotyczące biegania, o których się w tym tygodniu dowiedział. Marszobiegi są świetną formą treningu, ale czasem jeśli czuję, że jestem formie, to mogę spróbować zrezygnować z przerw. Odpoczywać, bawić się, robić wycieczki, poszerzyć grono rodziny o zwierzaka i spróbować biegania z nim.