źródło: https://unsplash.com/@chanan

Ostatnio w sobotę pobiegłem parkrun i zrobiłem 5 kilometrów w XX:XX (wynik pod koniec wpisu), ale po kolei. Zacznijmy od wyjaśnienia, czym jest parkrun. Jak można przeczytać na oficjalnej stronie parkrun to bezpłatne, cykliczne, pozbawione rywalizacji spotkania dla każdego organizowane przez samych uczestników na całym świecie. Spotkania odbywają się na dystansie 5km w każdą sobotę o 9.00 rano.

Motywacja stojąca za stworzeniem tego rodzaju wydarzenia jest szlachetna.

Inicjatywa ta ma na celu czynienie naszej planety zdrowszej i szczęśliwszej, a poprzez nasze spotkania chcemy umożliwić każdemu bycie aktywn(ą)ym we własnym tempie. Każdy jest mile widziany w ramach parkrun, nikt tutaj nie jest ostatni i każdy może uczestniczyć w naszych spotkaniach biegając, truchtając, maszerując lub angażując się jako wolontariusz.

W Polsce parkrun jest obecnie organizowany w aż 79 lokalizacjach, więc prawdopodobnie masz do niego całkiem blisko. Jeśli boisz się o to, że jesteś zbyt wolny, to nie martw się. Mnóstwo osób pokonuje dystans 5 kilometrów marszobiegiem, a niektórzy po prostu maszerują. Parkrun jest dla wszystkich.

Relacja z biegu

Krakowski parkrun jest organizowany na Błoniach, a trasa to jedno pełne okrążenie (ok. 3570m) oraz prosta z nawrotką po (ok. 715m) dopełniającą dystans. Ścieżka jest asfaltowa, a przewyższenie nieznaczne. Brzmi jak idealne warunki, żeby sprawdzić swoją formę. Prosta, przyjemna trasa.

O 8:35 zameldowałem się na krakowskich Błoniach i rozpocząłem rozgrzewkę poprzedzającą bieg. Zacząłem od przebiegnięcia niepełnego kółka (3 kilometrów), następnie wykonałem parę prostych ćwiczeń rozgrzewających oraz kilka przebieżek. O 8:54 byłem już gotowy do biegu i ustawiłem się w okolicach startu.

Wokół mnie znajdowało się bardzo dużo osób. Niektórzy sami, dumnie prężyli piersi na pierwszej linii startu. Inni stali trochę dalej rozmawiając ze znajomymi, a jeszcze inni szykowali się na bieg wspólnie z dzieckiem, psem lub nawet z wózkiem. Różnorodność była ogromna. Przed startem organizator biegu wyjaśnił dokładnie, jak będzie przebiegać cały parkrun, jak należy zachować się po wbiegnięciu na metę. Czyli należy odebrać token, na którym jest napisane miejsce które się zajęło, a następnie udać się do jednego z wolontariuszy aby oddać token i zeskanować swój kod zawodnika, który z kolei wcześniej trzeba wyrobić na stronie parkrunu.

Godzina 9:00, krótkie odliczanie 3, 2, 1… START. Chmara osób ruszyła jak z kopyta i pognała do przodu zdecydowanie przekraczając tempo czterech minut na kilometr (ach te starty!). Zerkając na zegarek starałem się „złapać” tempo które wcześniej zaplanowałem (4:00 min/km) i zacząć je trzymać.

Po kilkuset metrach większość osób z przodu zwolniła i na nawrotce policzyłem, że przede mną biegnie około dwudziestu ośmiu osób. Plan miałem ambitny – chciałem złamać wynik dwudziestu minut na mecie co powinno dać mi miejsce mniej więcej w drugiej dziesiątce. Zazwyczaj przebiegałem ten dystans w okolicach 19-20 minut, więc cel był najbardziej realny.

Cztery minuty i trzy sekundy wyświetlił zegarek w chwili pokonania pierwszego kilometra. Wszystko zgodnie z planem, czułem się dobrze.

Zazwyczaj na tym etapie biegu staram się odrobinę przyspieszyć, tak aby od połowy dystansu móc wrzucić wyższy bieg i mocno zwiększyć tempo. Niestety ten etap nie potoczył się tak jakbym chciał i drugi kilometr pokonałem o sekundę wolniej, niż pierwszy.

Zacząłem odczuwać pierwsze skutki biegu, ciężki oddech, zmęczone nogi i niestety brak zapasowych sił. Przyspieszenie było naprawdę trudne. Ostatecznie trzeci kilometr był delikatnie szybszy (3:57), natomiast czwarty dużo wolniejsze (4:09).

Do mety została ostatnia prosta (bardzo długa, miała ponad kilometr), a ja byłem dwudziesty pierwszy. Przed sobą miałem paru biegaczy i bardzo chciałem ich wyprzedzić, dzięki temu byłbym w drugiej dziesiątce czyli dokładnie tak jak chciałem. Włożyłem w ten ostatni kilometr cały zapas energii, który jeszcze gdzieś tam miałem w zanadrzu i finalny kilometr pokonałem w trzy minuty i pięćdziesiąt trzy sekundy. Nogi niestety nie były zbyt mocne tego dnia, a jeśli chodzi o moją pozycję na mecie to udało mi się wyprzedzić tylko jednego biegacza i ostatecznie byłem dwudziesty. Czas na mecie: 20:09

Po dobiegnięciu do mety dostałem token, poszedłem zeskanować swój kod (przy tym oddając token) i kucnąłem w cieniu pobliskiego drzewa, żeby móc wreszcie odpocząć. Wraz z upływem kolejnych minut coraz więcej biegaczy dobiegało na metę. Ostatecznie wszystkich nas było aż sto pięćdziesiąt cztery osoby. Według mnie to naprawdę pokaźna ilość biegaczy.

Sam bieg wspominam bardzo dobrze. Na parkrunie biegałem już w zeszłym roku, więc miło było wrócić. Wynik jak to wynik, czasem jest lepszy czasem gorszy. Ten należy bardziej do tej drugiej kategorii, ale co tam. To w końcu był tylko bieg treningowy.