Historia w formie audio :>

Ostatni raz na starcie biegu górskiego stałem w maju tego roku. Podczas tamtej przeprawy mogłem się wiele nauczyć o charakterystyce tego typu biegów i przede wszystkim sprawdzić na własnej skórze, że jest to coś zupełnie innego od biegów ulicznych.

Od maja miałem pół roku na przygotowanie się do ponownego starcia z podbiegami, zbiegami, trudną technicznie trasą, no i oczywiście ogromnym (jak na mnie) przewyższeniem, z którym nie mam do czynienia na co dzień. Nie próżnowałem i forma jaką miałem 31.10.2021 (dzień zawodów) była co najmniej zadowalająca.

Tak więc oto w piękną, słoneczną i ciepłą niedzielę melduję się w biurze zawodów niecałe 2h przed startem. Odbieram pakiet, zerkam na miejsce startu z niepokojem patrząc na ogromny stok, po którym na początku mamy zbiegać i w końcu siadam w słoneczku i odpoczywam czekając na swój start. O godzinie 10:00 oglądam start głównego biegu na dystansie 19 kilometrów z przewyższeniem wynoszącym około 1300 metrów. Chciałem podpatrzeć technikę zbiegu u innych biegaczy, jednak co osoba to technika zupełnie inna. No nic, trzeba będzie samemu pokombinować. Za pół godziny startuje mój bieg (wersja mini głównego biegu), więc idę się przebrać i przygotować.

START – bój z Białą Damą czas zacząć

Wyścig rozpoczął się równo o godzinie 10:30. Najpierw ruszyła fala biegaczy znajdujących się tuż przy linii startu, a następnie cała reszta (w tym ja). Strategia na ten bieg była dosyć prosta i jak to mam w zwyczaju dosyć zachowawcza. Przede wszystkim jakoś zbiec z tego ogromnego stoku, bez zajechania nóg na samym początku. Następnie spokojnie podbiec pod pierwszą górę, pod którą podbieg zaczynał się na 3/4 kilometrze. Potem chwilę odpocząć i zacząć kolejny podbieg w żwawym tempie. Kolejne kilometry chciałem pokonać szybko, bo w większości były to zbiegi. W ten sposób miałem dotrzeć pod stok i tam wykrzesać z siebie ostatnie siły, by wbiec na metę w przyzwoitym czasie. Z racji tego, że jest to mój dopiero drugi bieg górski, nie wiedziałem do końca czego się spodziewać po trasie i po sobie samym. Stąd myślę, że zawsze lepiej pobiec ostrożnie i mieć frajdę, niż zajechać się na samym początku i męczyć się do końca wyścigu.

W taki sposób z „precyzyjnie” obmyślonym planem i dobrym nastawieniem rozpocząłem swoją walkę z dystansem ok. 11 kilometrów z 900 metrami przewyższenia.

Sam początek poszedł w 100% zgodnie z planem. Zachowawczym krokiem zacząłem zbiegać ze stoku, pilnując przy okazji, aby tempo zbiegu nie było zbyt wysokie. Pierwszy kilometr przebiegłem w 4 minuty i 15 sekund. Najbardziej stroma część zbiegu była za mną, teraz miało być tylko lepiej. Po paru minutach pracy wbiegam na bardziej płaską część trasy i zaczynam etap drugi wyścigu, czyli dobiegnięcie do pierwszego dużego podbiegu. W tamtym momencie czułem się swobodnie i nie mogłem się doczekać sprawdzenia samego siebie na pierwszym podejściu.

Pierwsza góra

Nie minęło nawet 15 minut od rozpoczęcia zawodów, a przede mną wyłania się pierwszy przeciwnik dzisiejszego poranka. Coś około 300 metrów przewyższenia. Z uśmiechem na twarzy rozpoczynam podejście. Nie chcę się forsować, więc nie biegnę. Od razu przechodzę w żwawy, szybki marsz. Stawiam małe kroki i tak prąc naprzód wyprzedzam na podbiegu rywali. Lewa, prawa, lewa, prawa… po jakichś dwudziestu minutach docieram na górę i zmuszam się do przejścia w bieg. Na tym etapie zacząłem być trochę zmęczony. Rozglądam się wokół i zauważam, że za mną biegnie dwójka biegaczy. Od razu robi mi się raźniej. W przypadku problemów ze znalezieniem drogi mam kompanów do pomocy.

Do podnóża kolejnego podbiegu docieramy razem. Ja ponownie zaczynam maszerować, podobnie zresztą jak moi towarzysze. Wyprzedzamy parę kolejnych osób i tym sposobem docieramy na najwyższy punkt dzisiejszego biegu, czyli mniej więcej 1 005 m.n.p.m.

biała_dama_zbieg

Stromy, ciężki zbieg

Dziewiąty kilometr całkowicie zmienił przebieg gry. Gdy tylko dotarliśmy w naszej trzyosobowej grupie do zbiegu stanęliśmy jak wryci. Było bardzo, ale to bardzo stromo. Na dodatek żadnej ścieżki, wszystko przykryte liśćmi. Nie widać, czy biegnie się po trawie, korzeniach, błocie czy kamieniach. No i przede wszystkim było ślisko. Jednym słowem zaczęła się zabawa.

Początkowo zacząłem powoli zbiegać, jednak nogi nie do końca chciały mnie słuchać i mimowolnie przyspieszały i parły do przodu. Po paru metrach poślizgnąłem się i przewróciłem. W ten oto sposób nauczyłem się hamować. Wstałem i powoli małymi kroczkami zbiegłem do najbliższego drzewa, na którym wytraciłem prędkość. W ten sposób udało mi się pokonać cały zbieg. Niestety, bardzo się przy tym zmęczyłem. Nogi cały czas miałem napięte od hamowania i pokonywanie każdego kolejnego metra było po prostu bolesne. Jeśli chodzi o moją drużynę, to zbieg skutecznie nas rozdzielił. Jedna z osób popędziła do przodu, ja zostałem gdzieś w środku, a kolejna osoba schodziła trochę wolniej i została za mną.

W stronę mety

Kolejne trzy kilometry miały być tymi szybkimi, jednak nogi zaczęły odmawiać posłuszeństwa. Zjadłem szybko żel, który miałem schowany w kieszeni, z nadzieją, że trochę mnie podratuje. Niestety nie odczułem większej różnicy. Zbieganie z obolałymi mięśniami nóg było bardzo wymagające i bolesne, stąd kolejne kilometry pokonałem ze średnią sporo powyżej 6:00 min/km, a nie planowaną średnią poniżej 5:00 min/km. Nauka z tego płynąca jest prosta – robić więcej podbiegów i zbiegów na treningach, żeby nogi tak szybko nie zaczynały boleć. Zmęczony doczłapałem się pod stok w czasie 01:24:24, gdzie miał rozpocząć się ostatni etap biegu.

Jeszcze tylko 300 metrów… w górę i koniec

No dobra, nie będę owijał w bawełnę. Nie chciało mi się… byłem już na tyle zmęczony i obojętne mi było zarówno miejsce jak i czas, że to podejście zacząłem dosyć wolno. Wiele osób wyprzedziło mnie na tym odcinku wyścigu. Dziwiłem się skąd mają jeszcze tyle siły, żeby tak żwawo podchodzić. Niektórzy nawet na zmianę biegli i maszerowali! Co jak co, ale było to już ponad moje siły. Starałem się po prostu cały czas iść naprzód z tą myślą, że każdy pojedynczy krok przybliża mnie do upragnionego wypoczynku.

Wiele osób po drodze zagrzewało mnie jeszcze do walki i motywowało. To było bardzo miłe – dzięki! Gdy dotarłem do bardziej stromego kawałka stoku i zobaczyłem metę obudziła się we mnie wola walki. Obejrzałem się przez ramię i postanowiłem, że nie dam się już nikomu wyprzedzić. Zacząłem podchodzić trochę szybciej, aż w końcu dogoniłem pod sam koniec dwójkę biegaczy i na ostatnich kilkudziesięciu metrach zacząłem biec przekraczając linię mety w czasie 01:44:08 i zajmując tym samym 24 miejsce na 77 osób, które ukończyło wyścig.

Biała dama (mini), czyli…

Mnóstwo zabawy i niesamowitego klimatu górskiej przygody! Cała impreza jest świetnie zorganizowana, poczynając od przejrzystej i miłej dla oka strony internetowej z zapisami i wszystkimi niezbędnymi informacjami, kończąc na świetnym oznakowaniu trasy i przepięknych numerach startowych i opaskach na głowę. Zdecydowanie nie był to mój ostatni górski bieg w Beskidzie Wyspowym i jeszcze kiedyś tu wrócę. Serdecznie polecam każdemu zainteresowanemu spróbować, a sam wracam do trenowania… dzięki!